niedziela, 10 sierpnia 2014

(nie) pierwszy raz

Mając w domu niemowlaka zawsze przechodzimy przez etap: "pierwszy raz". Pierwsze wakacje, pierwszy pobyt nad morzem, kilka zaliczonych jezior, pierwszy raz na basenie... to wszystko za nami. 
Trzy wspólne miesiące już minęły i nagle chwytam się z całych sił tego co tu i teraz, bo perspektywa mijającego czasu najsmutniejsza jest dla mnie zwłaszcza przy drugim...
I wspominam, wracam, przypominam sobie jak to było, cały ten czas czekania i pierwsze spotkanie.
Wiele teraz matek i przyszłych matek w jednym dookoła mnie i kłaniam się im w pas, bo bycie matką dwójki to całkiem niewiele w porównaniu do etapu przed rozwiązaniem.

A kiedy to wyczekiwanie zbliża się ku końcowi należy zaplanować... 
weekend majowy, bo kto by czas taki spędzał w domu? 
Zaplanowaliśmy zatem, w pobliżu szpitala, przecież okolica pełna przygód.
Spakowałam dwie torby, jedną na wypadek porodu z wyprawką całą dla Anielki, drugą na ten nieszczęsny wyjazd co naszą trójkę z glutem do domu odesłał, a i 2 dni przepadał.
Anielka ciążyła, ludzi w lesie było co najmniej jak na stadionie, a ja usilnie próbowałam pieszymi wycieczkami przywołać Ją do swoich matczynych ramion... w końcu za niespełna tydzień miała już być.
Ten cały poród majówkowy był mi o tyle na rękę, że był z nami owy sprawca całego zamieszanie, Ojciec, który za chwilę jechać miał do Warszawy, a może nawet i Poznania zarabiać ciężki hajs na moje ciężarne zachcianki. W końcu posiadanie w domu za chwilę trzech kobiet to niemałe, finansowe wyzwanie.

Kozienice... 8 maja, rano... odstawiłam Młodą do Babci, a właściwie Prababci i z Piotrkiem u boku czekamy na oksytocynowe kombinacje.
Mój lekarz, facet konkretny i rzeczowy, douczony i budzący zaufanie, prowadził mi Franuszka, teraz też nie miałam wątpliwości, żeby wybrać właśnie jego gabinet, a że w międzyczasie stał się ordynatorem w Kozienicach zdecydowałam się rodzić tam, "u szefa".

Czułam się dobrze, kiedy jakaś pani w kolejce na izbie przyjęć kazała mi stanąć jako pierwszej, stanęłam chociaż inna kobieta, której rzekomo skrzynka z piwem spadła na głowę była zdecydowanie bardziej potrzebująca.
Poranne cesarki, same nowe twarze, pielęgniara wrzeszcząca na przyszłych ojców, opowieści z patologii ciąży i wreszcie jest lekarz... ogromny facet. 
Po badaniu czuję pierwsze, znajome, dokuczliwe skurcze. Położna zaprasza na porodówkę i każe zostawić rzeczy, bo zapewne wrócę. Przecież nikt ot tak, z marszu, bez zapowiedzi nie rodzi, "ale ja już coś czuję" mówię.

Na sali jest 13.00, ten mały grymas malujący się na mojej twarzy zmienia się w coraz większe skrzywienie. Na szczęście jest ze mną On, nie ma krzesła, ale zupełnie mu to nie przeszkadza, odnajduje się w nowej sytuacji doskonale... może to ta niewiedza podtrzymuje Jego odwagę. 
Przychodzi lekarz, każde podać COŚ przed oksytocyną, ciągle to pieprzone, upijające ktg. Następny lekarz, jest mój, pyta, czy wracamy do domu motorem, doskonale zna naszą sytuację ... On dwa kółka, ja cztery. 
Piotrek podtyka mi serial pod nos, kiedy po raz kolejny tłumaczę, że nie jestem w stanie się skupić. 
Gdzieś pomiędzy tym wszystkim jestem światkiem kłótni położnych. Trzy rodzące i stos papierów do wypełnienia, zupełnie mnie ta sprzeczka nie dziwi.
Każą mi stać przy drabinkach ale nie jestem w stanie, boli, tak strasznie boli, drę się, gryzę Jego dłoń, chce cesarkę, o boże, po co mi to było, niech mnie ktoś znieczuli, ostatni raz, już nigdy w życiu, zaraz umrę...


16.00 po zaledwie trzech godzinach jest na świecie, czerwono-sino-czarna Anielka.
Przytulam, całuję, wącham, pachnie tak pięknie. 
Dwie godziny przytulania na sali porodowej tylko dla nas.
Teraz to ja czuję Jej bijące serduszko, wreszcie słyszę Jej głos, poznaję twarz.
Nogi ciągle mi się trzęsą.
Jestem matką.
Jestem matką po raz drugi.




















19 komentarzy:

  1. Matko jak Ty pięknie piszesz (omijając zgrabnie te harkorowe sceny i odczucia które na bank miały miejsce). Ściskam Was dziewuszki :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! A złe i ciężkie wypieram ;)

      Usuń
  2. Nie pisz mi takich postów, bo ryczę.
    Uwielbiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze chwilę i ja przy Twoim zapłaczę ;)

      Usuń
  3. Jak ja Cie Kocham..no tak normalnie..;)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie :) Zdrówka dla Was! Trzy tygodnie temu mi trzęsły się nogi. A czerwono-sino-czarny był mój syn. Choć bardziej jednak w odcieniu śliwki węgierki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam i przeżywałam każde zdanie :)

      Usuń
  5. pięknie napisałaś :) I ten poród... to samo w głowie: "nigdy więcej, na co mi to było!"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i dokładnie, zawsze to samo :)

      Usuń
  6. Tak sobie myślę, że chyba trudno być mamą dwójki i chłonąć te wszystkie chwile. Czasu tak mało. Najważniejsze zawsze potrzeby, obowiązki...
    Piękne masz dziewczyny i grunt, że zdrowe, mądre. Z takimi piechurami za rękę jak Wy pewnie niejednego doświadczą, zobaczą i to jest ten kapitał na przyszłość, który oczy otwiera, a nie tony zabawek czy książek nawet.
    Ps. A co do książek masz wybaczone żeś się nie wyrobiła. Jedno spojrzenie na Twoje córy i każdy Ci wszystko wybaczy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do książek nic mi nie mów, za każdym razem jak do Ciebie wchodzę mam wyrzuty.
      A wycieczkować lubimy jeszcze bardziej ze względu na Nie. Już planuje kolejne pakowanie :)

      Usuń
  7. piekne coreczki:) zapraszam do siebie na mamazamloda.blogspot.com zalozylam zeby pokazac innym ze mloda mama tez moze sobie poradzić:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Cudne dziewczyny jestescie :) Piekne wspomnienia. Czas ucieka bardzo szybko i mam wrazenie, ze cos mi umyka teraz. A moze to tylko wrazenie...
    Uwielbiam Wasza magie ze zdjec :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie jest tak cudownie z takim małym bobasem w domu, że mogłoby się wszystko zatrzymać... I rozumiem doskonale Twój smutek umykania :)

      Usuń

Dziękujemy za słów kilka... albo jedno chociaż :)