niedziela, 17 listopada 2013

Pamiętam...

Pamiętam jak pewnego wieczoru, szóstego grudnia czekałam w oknie na Mamy powrót z pracy. Nie wiem co tego roku wsunął mi Mikołaj pod poduszkę i czym zapewne bawiłam się cały dzień, pamiętam tylko siebie przy kuchennym oknie obserwującą zasypany śniegiem chodnik i światła latarni oświetlające spadające płatki śniegu. Na Mamę ciągle nie mogąc się doczekać, doczekałam się Taty ze świąteczną reklamówką pracowniczą wypchaną po brzegi pysznościami... 
Chałwa, nigdy nie mogłam się nią najeść.
W Sylwestra ciężko było wytrzymać do północy, ale nic nie było tak przyjemne jak domowy gwar aż do pierwszych minut Nowego Roku i ja, zasypiająca gdzieś w kącie, owinięta kołdrą i słuchająca rozmów dorosłych niczym bajek do snu.
A pewnego mroźnego, lutowego dnia, piekąc ciasteczka wraz z Ciocią zadzwonił nasz stary, w kolorze kości słoniowej telefon (domowe połączenie telefoniczne nie było wtedy przecież czymś tak oczywistym jak teraz, a ja uwielbiałam schadzki sąsiadów, którzy pukali do drzwi o różnych porach dnia, musząc gdzieś pośpiesznie zatelefonować) to była Mama. Poinformowała mnie, że Dzidzuś, którego własnie urodziła to moja Siostra oraz, że będę mogła sobie na Nią popatrzeć przez okno szpitala, kiedy przyjadę pod nie z Dziadkami. A gdy radośnie zakrzyczałam Ją przez słuchawkę, że mam dla Dzidziola świeżo upieczone ciasteczka i uświadomiono mi, że bobasy takowych nie jadają mojej rozpaczy nie było końca. Do dziś pamiętam uczucie smutku, które mnie wypełniało zdając sobie sprawę, że nie pokażę mojej całkiem nowej Siostrze jaka jestem dobra, zdolna i że zawsze, chętnie będę się z Nią dzielić ( szczerze mówiąc to ostatnie mniej lub bardziej odbiega od prawdy (: ).

Nie wiem jakie momenty zostaną w pamięci Frankowej z Jej pierwszych lat, nie wiem, czy będą ważne te największe, czy te zwyczajne i codzienne. 
Wiem natomiast, że najwięcej będzie tych zimowych.
Bo kiedy mróz dopada nos i barwi na czerwono policzki zawsze biegniemy najchętniej do ciepłego domu w ramiona mamy i po łyk ciepłej herbaty z malinami.








'moje piękne, lukrowane guziczki...'




*napisała podjadając żelki
...


właściwie

zjadając wszystkie.

12 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. To dawaj adres i a już biegnę na pocztę

      Usuń
  2. Coś w tym jest, bo wszystkie moje dziecięce wspomnienia też są zimowe :D
    ciekawe jakie będą Sofie :D

    Ślinka mi pociekła na te pierniczki :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Mmmm.....pierniczki...mniam:))))
    Ps. Żelki uwielbiamy...wiem że niezdrowo ale dokładam je do galaretki i kiślu....od razu nabierają innego(lepszego) smaku:))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znowu mi podsunęłaś myśl! Kaloryczną ale zacną :)

      Usuń
  4. cudnie napisałaś ;) ja też zawsze myślami krążę wokół świąt ;) to taki magiczny czas .... a moja córa go uwielbia :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zimowe i świąteczne wspomnienia...najpiękniejsze i takie długo, 'na zawsze' pamiętane.
    Frankowe wspomnienia napewno będą wyjątkowe. I te małe i te duże...
    A pierniki...ach:) Ja pamiętam świąteczne pierniki z dzieciństwa. Kolorowy lukier, papierowa torba...

    Żelki ;) Irek na żelki mówi 'witaminki', więc jak zjadłaś całe opakowanie witaminek... ohoho! Na zdrowie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mądrego masz syna. Ciekawe jak ładnie nazwie przybieranie na wadze po witaminkach :)

      Usuń
    2. Oj. Nazwać nazwie, ale chyba już nie tak ładnie;)

      Usuń
  6. Pieknie napisałaś. Właśnie sobie uświadomiłam, że ja chyba tez najwięcej wspomnień z dzieciństwa mam tych zimowych :) I te niecierpliwe wieczory spędzane przy stole, na którym tata wycinał części do pajacy na sznurkach...były ich chyba miliony :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczarowałaś mnie tym pajacowym wspomnieniem.
      Planuję zrobić domek ptaszkowy, może moje dziecko zapamięta ten dzień tak jak Ty pajace :)

      Usuń

Dziękujemy za słów kilka... albo jedno chociaż :)