wtorek, 30 września 2014

MAMA TIME, czyli wrzesień matek we Wrocławiu.

Ile trzeba mieć chęci i samozaparcia, żeby z piątku na sobotę wstać o 3 rano;
zapakować 4-miesięczne i 2-letnie dziecko do auta;
posadzić obok Tatę do opieki i towarzystwa i przemierzyć te ponad 300 km.
No ile?
Powiem w tajemnicy, że niewiele.
To tylko wizja spotkania ich wszystkich na żywo w mieście, które długo by odkrywać i o którym wiele można opowiadać. 
To wszystko wywoływało moją radość od chwili ogłoszenia listy uczestnictwa.

I doczekałam się...
Ilość energii którą mam po jednym dniu z Nimi, ogrom inspiracji, pomysłów i nowych znajomości.

Do dzisiaj uśmiecham się na myśl o MAMA TIME i mam nadzieję, że nie po raz ostatni.
Wracam do szarej koperty z własnym imieniem gdzie każda z Mam zostawiła mi odręcznie pisanych słów kilka.
A biała kartka papieru zamieszkała już z aparatem w razie gdybym musiała posiłkować się jego lampą (tu wiedza po warsztatach).

Specjalne podziękowania za wspólny czas i pracę kieruję w stronę Dziewczyn, Organizatorek:
Aneta










Dziękuję również tym, którzy przyczynili się do szczęścia malującego się na twarzy mojej i dziecka mego,
Sponsorom:


A wszystkich pomieszkujących lub przebywających czasowo we Wrocławiu z dzieckiem w wózku, na rękach, czy przy piersi zapraszam do Pięknej Heleny.


wtorek, 9 września 2014

Niemowlęcy must have...

Pięknem chętnie otacza się każda kobieta, mama. Tym co cieszy oko chcemy otoczyć również nasze dzieci.
Pomińmy dziś łóżeczka, laktatory, przewijaki. Skupmy się na detalach, czyli rzeczach, które cieszą najbardziej w każdej dziecięcej wyprawce.



















mokasyny zielone - marta made it
gryzak indiański, piórka - patuhall
kostka edukacyjna i misiowy gryzak - hally hm
butelki - suavinex
buciki bawełniane- patuhall
body śpiworkowe - sh
kwiatkowe, motylkowe, kratkowe majteczki na pieluchę - sieciówki (polecam m&s)
śpiwór "kot na dachu" - vertbaudet
kosz na pieluchy, zabawki (wedle uznania) - hally hm
sówka gryzak, kołderka miętowa w gwiazdki - patuhall
drewniana smycz na smoczek z dzwoneczkiem - heimess
otulacz w misie - tk maxx, plum

środa, 3 września 2014

Właśnie wstaje nowy dzień " "

Jest sobota, 22.46, właśnie uśpiłam Aniele, Franka zasnęła pół godziny wcześniej. 
Zza okna dochodzą odgłosy imprez i spieszących na nie ludzi. 
Taty nie ma.
Nakładam sobie kolejną porcję lodów pistacjowych i planuje jutrzejszy dzień...
Wzdycham na myśl o poranku, długich godzinach bycia matką i liście pełnej obowiązków, jednocześnie nie mogąc się tego doczekać.



Podnoszę z łóżka zaspaną głowę z nadzieją, że zaśnie, że jeszcze da mi chwilę na zamknięcie oczu. Pochylam się nad łóżeczkiem, kiedy zawiesza swój wzrok na mnie, pozbywa się smoczka i obdarza najpiękniejszym, najszczerszym, szerokim uśmiechem, wszystkimi kończynami machając z radością. 
To najpiękniejsze "dzień dobry Mamo" jakie codziennie ofiaruje mi moja Córka.
Kiedy za jakiś czas budzi się Frania, zaraz po otwarciu oczu uśmiecha się powoli rzucając 'teść' ...

Przytulam i zaczynam kolejny dzień.











piątek, 22 sierpnia 2014

w drogę

Nie przepadam za pakowaniem, a jeszcze bardziej za wyjmowaniem rzeczy z walizki po powrocie. 
Lubię puste drogi nad ranem i smak kawy ze stacji benzynowej. 
Nie lubię kiedy moja muzyka z radia zbiega się z Jej bajką słyszaną za plecami, korków na Zakopiance i kiedy On śpi w aucie. 
Cudne są poranki na nowym miejscu, planowanie dnia i ta łatwość bycia rodzicem bez domowych obowiązków.

Wywiało nas znowu za siedem gór i rzek parę, do klimatu co to uszy zatyka i słonym serem częstuje. 
Zainspirował kwieciste lale, z warkoczem, w koralach i butach do oberka.
Dał pooddychać wolnością i zimną wodą strumyka ochrzcił kilka razy.













niedziela, 10 sierpnia 2014

(nie) pierwszy raz

Mając w domu niemowlaka zawsze przechodzimy przez etap: "pierwszy raz". Pierwsze wakacje, pierwszy pobyt nad morzem, kilka zaliczonych jezior, pierwszy raz na basenie... to wszystko za nami. 
Trzy wspólne miesiące już minęły i nagle chwytam się z całych sił tego co tu i teraz, bo perspektywa mijającego czasu najsmutniejsza jest dla mnie zwłaszcza przy drugim...
I wspominam, wracam, przypominam sobie jak to było, cały ten czas czekania i pierwsze spotkanie.
Wiele teraz matek i przyszłych matek w jednym dookoła mnie i kłaniam się im w pas, bo bycie matką dwójki to całkiem niewiele w porównaniu do etapu przed rozwiązaniem.

A kiedy to wyczekiwanie zbliża się ku końcowi należy zaplanować... 
weekend majowy, bo kto by czas taki spędzał w domu? 
Zaplanowaliśmy zatem, w pobliżu szpitala, przecież okolica pełna przygód.
Spakowałam dwie torby, jedną na wypadek porodu z wyprawką całą dla Anielki, drugą na ten nieszczęsny wyjazd co naszą trójkę z glutem do domu odesłał, a i 2 dni przepadał.
Anielka ciążyła, ludzi w lesie było co najmniej jak na stadionie, a ja usilnie próbowałam pieszymi wycieczkami przywołać Ją do swoich matczynych ramion... w końcu za niespełna tydzień miała już być.
Ten cały poród majówkowy był mi o tyle na rękę, że był z nami owy sprawca całego zamieszanie, Ojciec, który za chwilę jechać miał do Warszawy, a może nawet i Poznania zarabiać ciężki hajs na moje ciężarne zachcianki. W końcu posiadanie w domu za chwilę trzech kobiet to niemałe, finansowe wyzwanie.

Kozienice... 8 maja, rano... odstawiłam Młodą do Babci, a właściwie Prababci i z Piotrkiem u boku czekamy na oksytocynowe kombinacje.
Mój lekarz, facet konkretny i rzeczowy, douczony i budzący zaufanie, prowadził mi Franuszka, teraz też nie miałam wątpliwości, żeby wybrać właśnie jego gabinet, a że w międzyczasie stał się ordynatorem w Kozienicach zdecydowałam się rodzić tam, "u szefa".

Czułam się dobrze, kiedy jakaś pani w kolejce na izbie przyjęć kazała mi stanąć jako pierwszej, stanęłam chociaż inna kobieta, której rzekomo skrzynka z piwem spadła na głowę była zdecydowanie bardziej potrzebująca.
Poranne cesarki, same nowe twarze, pielęgniara wrzeszcząca na przyszłych ojców, opowieści z patologii ciąży i wreszcie jest lekarz... ogromny facet. 
Po badaniu czuję pierwsze, znajome, dokuczliwe skurcze. Położna zaprasza na porodówkę i każe zostawić rzeczy, bo zapewne wrócę. Przecież nikt ot tak, z marszu, bez zapowiedzi nie rodzi, "ale ja już coś czuję" mówię.

Na sali jest 13.00, ten mały grymas malujący się na mojej twarzy zmienia się w coraz większe skrzywienie. Na szczęście jest ze mną On, nie ma krzesła, ale zupełnie mu to nie przeszkadza, odnajduje się w nowej sytuacji doskonale... może to ta niewiedza podtrzymuje Jego odwagę. 
Przychodzi lekarz, każde podać COŚ przed oksytocyną, ciągle to pieprzone, upijające ktg. Następny lekarz, jest mój, pyta, czy wracamy do domu motorem, doskonale zna naszą sytuację ... On dwa kółka, ja cztery. 
Piotrek podtyka mi serial pod nos, kiedy po raz kolejny tłumaczę, że nie jestem w stanie się skupić. 
Gdzieś pomiędzy tym wszystkim jestem światkiem kłótni położnych. Trzy rodzące i stos papierów do wypełnienia, zupełnie mnie ta sprzeczka nie dziwi.
Każą mi stać przy drabinkach ale nie jestem w stanie, boli, tak strasznie boli, drę się, gryzę Jego dłoń, chce cesarkę, o boże, po co mi to było, niech mnie ktoś znieczuli, ostatni raz, już nigdy w życiu, zaraz umrę...


16.00 po zaledwie trzech godzinach jest na świecie, czerwono-sino-czarna Anielka.
Przytulam, całuję, wącham, pachnie tak pięknie. 
Dwie godziny przytulania na sali porodowej tylko dla nas.
Teraz to ja czuję Jej bijące serduszko, wreszcie słyszę Jej głos, poznaję twarz.
Nogi ciągle mi się trzęsą.
Jestem matką.
Jestem matką po raz drugi.