piątek, 22 sierpnia 2014

w drogę

Nie przepadam za pakowaniem, a jeszcze bardziej za wyjmowaniem rzeczy z walizki po powrocie. 
Lubię puste drogi nad ranem i smak kawy ze stacji benzynowej. 
Nie lubię kiedy moja muzyka z radia zbiega się z Jej bajką słyszaną za plecami, korków na Zakopiance i kiedy On śpi w aucie. 
Cudne są poranki na nowym miejscu, planowanie dnia i ta łatwość bycia rodzicem bez domowych obowiązków.

Wywiało nas znowu za siedem gór i rzek parę, do klimatu co to uszy zatyka i słonym serem częstuje. 
Zainspirował kwieciste lale, z warkoczem, w koralach i butach do oberka.
Dał pooddychać wolnością i zimną wodą strumyka ochrzcił kilka razy.













niedziela, 10 sierpnia 2014

(nie) pierwszy raz

Mając w domu niemowlaka zawsze przechodzimy przez etap: "pierwszy raz". Pierwsze wakacje, pierwszy pobyt nad morzem, kilka zaliczonych jezior, pierwszy raz na basenie... to wszystko za nami. 
Trzy wspólne miesiące już minęły i nagle chwytam się z całych sił tego co tu i teraz, bo perspektywa mijającego czasu najsmutniejsza jest dla mnie zwłaszcza przy drugim...
I wspominam, wracam, przypominam sobie jak to było, cały ten czas czekania i pierwsze spotkanie.
Wiele teraz matek i przyszłych matek w jednym dookoła mnie i kłaniam się im w pas, bo bycie matką dwójki to całkiem niewiele w porównaniu do etapu przed rozwiązaniem.

A kiedy to wyczekiwanie zbliża się ku końcowi należy zaplanować... 
weekend majowy, bo kto by czas taki spędzał w domu? 
Zaplanowaliśmy zatem, w pobliżu szpitala, przecież okolica pełna przygód.
Spakowałam dwie torby, jedną na wypadek porodu z wyprawką całą dla Anielki, drugą na ten nieszczęsny wyjazd co naszą trójkę z glutem do domu odesłał, a i 2 dni przepadał.
Anielka ciążyła, ludzi w lesie było co najmniej jak na stadionie, a ja usilnie próbowałam pieszymi wycieczkami przywołać Ją do swoich matczynych ramion... w końcu za niespełna tydzień miała już być.
Ten cały poród majówkowy był mi o tyle na rękę, że był z nami owy sprawca całego zamieszanie, Ojciec, który za chwilę jechać miał do Warszawy, a może nawet i Poznania zarabiać ciężki hajs na moje ciężarne zachcianki. W końcu posiadanie w domu za chwilę trzech kobiet to niemałe, finansowe wyzwanie.

Kozienice... 8 maja, rano... odstawiłam Młodą do Babci, a właściwie Prababci i z Piotrkiem u boku czekamy na oksytocynowe kombinacje.
Mój lekarz, facet konkretny i rzeczowy, douczony i budzący zaufanie, prowadził mi Franuszka, teraz też nie miałam wątpliwości, żeby wybrać właśnie jego gabinet, a że w międzyczasie stał się ordynatorem w Kozienicach zdecydowałam się rodzić tam, "u szefa".

Czułam się dobrze, kiedy jakaś pani w kolejce na izbie przyjęć kazała mi stanąć jako pierwszej, stanęłam chociaż inna kobieta, której rzekomo skrzynka z piwem spadła na głowę była zdecydowanie bardziej potrzebująca.
Poranne cesarki, same nowe twarze, pielęgniara wrzeszcząca na przyszłych ojców, opowieści z patologii ciąży i wreszcie jest lekarz... ogromny facet. 
Po badaniu czuję pierwsze, znajome, dokuczliwe skurcze. Położna zaprasza na porodówkę i każe zostawić rzeczy, bo zapewne wrócę. Przecież nikt ot tak, z marszu, bez zapowiedzi nie rodzi, "ale ja już coś czuję" mówię.

Na sali jest 13.00, ten mały grymas malujący się na mojej twarzy zmienia się w coraz większe skrzywienie. Na szczęście jest ze mną On, nie ma krzesła, ale zupełnie mu to nie przeszkadza, odnajduje się w nowej sytuacji doskonale... może to ta niewiedza podtrzymuje Jego odwagę. 
Przychodzi lekarz, każde podać COŚ przed oksytocyną, ciągle to pieprzone, upijające ktg. Następny lekarz, jest mój, pyta, czy wracamy do domu motorem, doskonale zna naszą sytuację ... On dwa kółka, ja cztery. 
Piotrek podtyka mi serial pod nos, kiedy po raz kolejny tłumaczę, że nie jestem w stanie się skupić. 
Gdzieś pomiędzy tym wszystkim jestem światkiem kłótni położnych. Trzy rodzące i stos papierów do wypełnienia, zupełnie mnie ta sprzeczka nie dziwi.
Każą mi stać przy drabinkach ale nie jestem w stanie, boli, tak strasznie boli, drę się, gryzę Jego dłoń, chce cesarkę, o boże, po co mi to było, niech mnie ktoś znieczuli, ostatni raz, już nigdy w życiu, zaraz umrę...


16.00 po zaledwie trzech godzinach jest na świecie, czerwono-sino-czarna Anielka.
Przytulam, całuję, wącham, pachnie tak pięknie. 
Dwie godziny przytulania na sali porodowej tylko dla nas.
Teraz to ja czuję Jej bijące serduszko, wreszcie słyszę Jej głos, poznaję twarz.
Nogi ciągle mi się trzęsą.
Jestem matką.
Jestem matką po raz drugi.




















piątek, 1 sierpnia 2014

ciepłe jak bułeczki, prosto spod igły i druta

Malowane, wypełniane jak poduszki, szyte jak pluszaki.
Znane z bajek i niebajek, 
do zabawy, tworzenia historii i wyobraźni pobudzania.







oraz mały fragment reszty:





 nocna koszula najpiękniejsza do porannej, potarganej fryzury i tupotu małych, bosych stópek wkradających się do rodzicielskiego łóżka...




oraz to co z pięknego serca Prababci dla Prawnuczek, koce z warkoczami






środa, 23 lipca 2014

tu obok

Mieszkamy w bloku z widokiem na nową galerię handlową, nowe osiedle 'za kratami'. 
Obok stoi kamienica socjalna co zimą czaruje dymem z kominów, a policji codziennymi odwiedzinami zawodzi. Jest na jej schodach Pan co wciąż na kogoś czeka z wzrokiem lekko nieprzytomny i miła Pani, która każdy promień słońca na balkonie wykorzystuje, są dzieci zadbane na pięknych rowerach i takie puszczone na samotne zabawy między domem, a pobliskim piękności salonem.

Mój Sąsiad z klatki obok, emeryt ma swojego zielonego malucha. Często widzę jak razem z Żoną wyszykowani, zostawiają torby obok auta i długo zbierają się do drogi. 
Do drogi w którą nigdy nie ruszają, bo maluch ów trawą niemal zarósł. 

Budzę się codziennie z kościelnymi dzwonami. Obok klasztor sióstr co chleb pieką i dom dziecka prowadzą z oknem życia, którego mijanie smutkiem matki mnie napawa.

A kiedy przychodzi noc i niewiele już świateł w oknach widać, a Pani od balkonowego opalania krząta się jeszcze po kuchni jedna z Matek w moim bloku całuje swoje Córki na dobranoc, pomiędzy Nimi w szczęściu zasypiając.